
Całkiem niedawno temu (dokładnie 22 kwietnia) minęła 40 rocznica trzeciego meczu Górnika Zabrze z AS Roma. Stawką meczu był awans do finału Pucharu Zdobywców Pucharów (tak, tak, kiedyś nasze drużyny docierały do półfinałów europejskich pucharów). Dlaczego trzeci mecz? Po prostu w sezonie 1969/70 nie strzelano rzutów karnych po dwóch nierozstrzygniętych w żadną ze stron spotkaniach. W obliczu wcześniejszych dwóch remisów konieczne było trzecie spotkanie na neutralnym gruncie. Ale i ono nie przyniosło rozstrzygnięcia!
Co to były za emocje! W komunistycznej Polsce w latach 60-tych i na początku 70-tych drużyna Górnika sprawowała niemal niepodzielne rządy w lidze i pucharze. Dość powiedzieć, że w tym czasie zabrzanie zdobyli 8 (słownie: osiem) razy tytuł mistrza Polski oraz 6 (słownie: sześć) razy Puchar Polski. I to właśnie ten Górnik, z Lubańskim, Gorgoniem, Szołtysikiem, Banasiem, Kostką, Oślizło czy Wilczkiem rewelacyjnie prezentował się również na arenie międzynarodowej. Chociażby w 1968 roku, kiedy dotarł do ćwierfinału Pucharu Europy.
Ale największe emocje towarzyszyły Górnikowi w sezonie 1969/70. W lidze zabrzanie zajęli ledwie 3 miejsce, ale zdobyli Puchar Polski i ruszyli w bój o Puchar Zdobywców Pucharów. Na pierwszy ogień poszedł Olympiakos Pireus (2:2 i 5:0), później były kolejno Glasgow Rangers (3:1 i 3:1) oraz Lewski Sofia (2:3 i 2:1). W półfinale Polacy mieli się zmierzyć z ekipą Romy, której gwiazdą był Fabio Capello, a na ławce trenerskiej siedział najsłynniejszy bodaj trener wszech czasów, Helenio Herrera (mistrz "catenaccio").
Pierwszy mecz (1 kwietnia 1970) w Rzymie już powinien rozstrzygnąć o awansie Górnika do finału PZP. Polacy prowadzili po golu Banasia, Lubański raz trafił w poprzeczkę, raz się poślizgnął mając przed sobą już tylko pustą bramkę. Włosi wyrównali po rzucie wolnym z kapelusza. Drugi mecz to już była dramaturgia rodem z filmów Hitchcocka. Na pełnym do ostatniego miejsca Stadionie Śląskim zabrzanie rozpoczęli najgorzej, jak mogli. W drugiej minucie rzut karny na 1:0 dla Romy zamienił Capello. Przez niemal cały mecz Górnik odbijał się od rzymskiej ściany, żeby dosłownie w ostatniej minucie wyrównać stan meczu - Włosi bezmyślnie pchnęli Gorgonia w okolicach pola karnego (kwestia sporna, czy to było już pole karne czy nie), ten sprytnie się przewrócił i sędzia po chwili wahania podyktował jedenastkę (tak na marginesie dziś ŻADEN sędzia w takiej sytuacji polskiej drużynie karnego by nie podyktował - po prostu słabym nikt takich prezentów nie daje). Niezawodny Lubański doprowadził do wyrównania.
Mieliśmy dogrywkę. W pierwszej połowie świetną akcję Górnika wykończył znów (!) Lubański i wtedy zabrzanie byli w finale. Ale oczywiście nie taki prosty scenariusz miał się realizować tego dnia. Kiedy kibice zaczęli świętowanie awansu, Włosi strzałem rozpaczy zza pola karnego doprowadzili do wyrównania. Stadion zamarł, piłkarze ze spuszczonymi głowami udali się do szatni. Wszyscy byli przekonani, że Górnik odpadł - ale sędziowie postawili sprawę jasno: nikt tego dnia nie awansował do finału, bo bramki z dogrywki nie liczą się podwójnie! Konieczne było trzecie, rozstrzygajace spotkanie na neutralnym gruncie. Padło na Strasburg.
I właśnie 22 kwietnia 1970 roku wyjaśniło się, kto zagra z Manchesterem City o Puchar Zdobywców Pucharów. Ten mecz ma również swoją historię. W czasie akcji Polaków nagle... zgasło światło. I to akurat wtedy, gdy była szansa na gola. Lubański w pierwszej połowie jednak zdobył swoją kolejną bramkę w tym trójmeczu, wyrównał (faulując przy tym polskiego obrońcę Latochę) Fabio Capello. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i doszło do losowania.
Sa dwie ciekawostki związane z tym losowaniem. Jedna - że już przed meczem sędzia Roger Machin zarządził pierwsze losowanie, bo obie drużyny chciały grać na biało. Górnik je przegrał. Druga - komentujący to spotkanie Jan Ciszewski zakrzyknął "Orzeł czy reszka?", tymczasem sędzia podrzucał dwukolorowy żeton. Kapitan zabrzańskiej drużyny, Stanisław Oślizło, wybrał kolor zielony i... Górnik awansował do finału! Radości nie było końca...
Tak to drzewiej bywało. Aż łza się w oku kręci. Niestety Górnik popadł w samozadowolenie po tym meczu z Romą. W Polsce już wszyscy widzieli Puchar w rękach zabrzan. Piłkarze na finał do Wiednia zabrali swoje żony i większość czasu przed meczem spędzili na zakupach. Anglicy podeszli do spotkania bardzo poważnie i do przerwy było 0:2. Po przerwie Oślizło zmniejszył rozmiary porażki i na tym stanęło. Najlepsza w historii polskiego futbolu okazja na zdobycie jakiegoś europejskiego pucharu odeszła w niebyt.
Co nie zmienia faktu, że to nie wiedeński finał nas tu interesuje. Półfinałowy horror z Romą przeszedł do historii europejskiej piłki nożnej. Piękne to były czasy. Niestety obawiam się, że nasze dzieci i wnukowie też będą wspominać właśnie ten mecz, a nie jakieś z pierwszej czy drugiej dekady XXI wieku... Nasze "orły" mocno opuściły loty.
Drugi i trzeci mecz Górnik Zabrze - AS Roma (półfinał PZP, 15 i 22.04.1970)
Zostań fanem FootballBlog.pl na Facebooku
- szatanski's blog
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać































