
Od dawna chodził za mną pomysł uruchomienia nowego cyklu na FootballBlogu. Chodził i chodził, aż mnie dopadł. No i zacząłem się zastanawiać, jaki to mecz wywarł na mnie największe wrażenie. Jaki mecz pamietam i o jakim powiem jako pierwszym, kiedy ktoś mnie o to zapyta budząc mnie w środku nocy. Mam kilka takich meczów. Na przykład Polska - Peru czy Polska - Belgia na mundialu w Hiszpanii, pucharowe zwycięstwo Widzewa nad Juventusem 3:1 i rzuty karne czy (znany wyłącznie z przekazów) Anglia - Polska na Wembley w 1973 roku albo finał olimpijski z Barcelony w 1992 roku.
Jednak nie te mecze są tym najważniejszym. Tym jedynym, absolutnie topowym jest spotkanie z 18 czerwca 1997 roku, kiedy to Widzew przyjechał na Łazienkowską. To była ostatnia kolejka, Legia miała punkt straty do łódzkiego klubu, więc zwycięstwo dawało jej mistrzostwo Polski. No i Legia grała tak, że prowadziła do 85 minuty 2:0 po golach Kucharskiego i Czereszewskiego, miała okazję bramkową (słupek po strzale Kucharskiego). Chwilę wcześniej kontuzji doznał sędzia tego meczu, pan Czyżniewski, i leżał sobie na murawie, a legioniści zaczęli świętować zwycięstwo i tytuł mistrza Polski. To rozluźnienie wprowadziło lekki chaos w ich szeregi i było początkiem końca. Widzew w 5 minut strzelił 3 gole i został mistrzem Polski.
Piękny mecz, niespotykany, rewelacyjna dramaturgia (przy stanie 2:2 Legia strzeliła jeszcze gola, ale sędzia go nie uznał z powodu spalonego) - po prostu Hitchcock by tego lepiej nie wymyślił.
Krótki film o tym meczu:
Zostań fanem FootballBlog.pl na Facebooku
- szatanski's blog
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
































Do dziś nie wierzę że Legia przegrała
Pamiętam ten mecz prawie jak byłby wczoraj. Cały stadion wypełniony po brzegi. szpilki sie nie wciśnie.
Ale by napisać o tym meczu trzeba by zacząc dużo wcześniej.
We wczesniejszym sezonie Legia z LM straciła tytuł też po przegranej u siebie 1:2 z Widzewem. Po tym z Legii odeszła prawie cała pierwsza jedenastka. Wszysy mówili ze legioniści będą bronić się przed spadkiem. Tymczasem rundę jesienna Legia grająca w 12 (tym 12 wchodzącym był Darek Solnica) grała wspaniale. Była w czubiue cały czas.
W przerwie zimowej klub poszedł za ciosem i pojawiły sie wzmocnienia a głownym był Sylwek Czereszewski. I Legia szła z Widzewem łeb w łeb aż do meczu na Łazienkowskiej. I wszystko szło idelanie. Kucharski i Czeres dali prowadzenie 2:0. Do dzis mam przed oczami akcję Mięciela, który biegł sam na bramke niemal przez pól boiska. Powinno byc 3:0 i Widzwew już by się nie podniósł.
A potem ..... potrem nastapiło cos niewiarygodnego. Legia w 5 minut straciła pewny tytuł. Powrót ze stadionu to był koszmar.
Kiedy po latach oglądałem finał LM MU-Bayern, kiedy bawarczycy stracili puchar w dwie ostatnie minuty to patrząc na miny kibiców Bayernu wiedziałem co czują. Sam przeżyłem to na Ł3 kilka lat wczesniej.
Mecz przeszedł do historii ale nie zycze kibicom takich emocji:)) zwlaszcza tym, którzych kluby przegrywają w takich okolicznościach:))
o nie!!! uprzedziłes
o nie!!!
uprzedziłes mnie!
pierwsze skojarzenie"niezapomniany mecz" to właśnie ten legii z widzewem.jak zobaczyłem tytuł wątku,to pomyślałem,że zaskoczę wszystkich,a tu szatańska niespodzianka...
meczu na żywo nie widziałem wtedy(ale za to potem kilkakrotnie...),bo pracowałem i wraz z 10 legionistami słuchałem relacji radiowej.oczywiście byłem samotnikiem kibicującym widzewowi,więc mieli ze mnie ubaw i triumfowali przez niemal całe spotkanie...az zdarzył sie cud:)))
Przepraszam.
Mam nadzieję, że nie pokopiesz mnie w zamian za to na piłce:) Swoją drogą... zapraszam do zarejestrowania się i pisania jako zweryfikowany, pełnoprawny członek (heh) FootballBloga:)
Radość i gorycz
To mecz, którym oponenci Legii kłują przy kazdej okazji, chcąc umniejszyć jej osiagnięcia.
Pamietam
ten mecz bardzo dobrze. Umówiłem się z kuzynem na wspólne oglądanie
przed telewizorem. Już przed meczem czuliśmy, że powinno być dobrze.
Szampan się mroził.
Mecz był nerwowy, ale po pierwszej bramce
Kucharskiego i wielkiej radosci zaczeliśmy sie juz oswajać z tytułem
mistrza. Druga bramka wywołała u nas euforię. Dwóch dorosłych facetów,
a cieszylismy sie jak dzieci. Zaczeły sie spiewy. Mistrz był juz nasz.
Tylko żona kuzyna patrzyła na nas z zawiscią, Nie lubiła Legii, jej
kibiców i zawsze była po stronie przeciwnej. Widziałem w jej oczach
ból. Krzątała się po domu nie mogąc znieść naszego zadowolenia. I juz
miało byc tak pieknie do końca. Szampan został wyjety z lodówki.
Jeszcze chwila i mielismy rozpocząć świetowanie. I wtedy ta kontuzja
sedziego, która wywolala w nas zaniepokojenie. Pojawila się myśl, że
zaraz mogą się zacząc cuda rodem z filmu "Piłkarski poker". Z euforii
nasz stan zmienił sie w wyczekiwanie, co się wydarzy. No i zaczeło sie
dziać, ale nie za sprawa sedziego. Obaj nie moglismy w to uwierzyć, jak
diametralnie zmieniła sie postawa obu druzyn. Legia zamiast dalej "grać
swoje", rozluzniła sie i cofneła. Juz sie cieszyła i spokojnie czekała
na ostatni gwizdek. A w Widzew jakby wstąpiły nowe siły i wiara, że
mozna to jeszcze wygrać. Po stracie pierwszej bramki w szeregi Legii
wkradł sie chaos i nerwówka. Przykro było patrzeć na nieporadne
wybicia. Jedyna strategią było wtedy aby jak najdalej od własnej
bramki. Mówimy na to z kuzynem "obrona Częstochowy". Niestety w tym
przypadku obrona była nieskuteczna. Zamarlismy i z grobowymi minami
sledzilismy ten koszmar, ktory sie rozwijał. I wtedy zajrzała do nas
wspomniana zona, zaniepokojona czemu u nas tak cicho. Gdy zobaczyła
nasze skupione i zafrasowane twarze szybko pojeła, że dostalismy cios.
Ożywiła się, humor jej sie poprawił i przyłaczyła sie do ogladania. Po
drugim ciosie wybuchła radoscią krzycząc "a dobrze im tak". To był cios
podwójny, jakby kopanie leżacego. Nigdy do tej pory nie widziałem u
niej takich emocji przy ogladaniu meczu. Potem trzeci cios... szkoda
gadać. Poprostu rozpacz. I ta triumfująca żona kuzyna, pytajaca
szyderczo czy ma otworzyc szampana.
Siedzielismy jeszcze chyba
kwadrans po zakończeniu meczu patrząc posępnie na cieszacych sie
widzewiaków i na stojacy przed nami jak wyrzut szampan. I ta gorycz,
która scisneła nam gardła...