
Przeciwko Argentynie reprezentacja Polski wyszła na boisko w dziwnym składzie. Zabrakło przede wszystkim Gorgonia. Jego miejsce na środku obrony zajął Kasperczak, który co prawda sprawdził się w roli stopera podczas eliminacyjnego spotkania z Portugalią w Porto, ale nie miał predyspozycji, by powstrzymywać idola miejscowych kibiców, rosłego i dynamicznego Kempesa. Pojawiały się też inne wątpliwości...
Rzeczywiście. Bodaj największe rozczarowanie przeżył wówczas Lubański. Na łamach autobiograficznej książki tak przedstawił swoje wrażenia z Buenos Aires, Rosario i Mendozy: "W Argentynie nie mówiło się o tym, z kim będziemy grać i jak trzeba grać, by wygrać, ale zastanawiano się, ile dostaniemy od sponsorów, jakie będą premie za każdy zdobyty punkt, a jakie za awans do dalszych spotkań. Nie miałem możliwości, by się pokazać. Nie będę podejmował dyskusji na temat, czy byłem przydatny do zespołu w większym stopniu niż ktoś inny. To są sprawy trenera. Ale Jacek Gmoch zrobił tam coś, co nie powinno mieć miejsca na mistrzostwach świata. Te wszystkie nowości techniczno-taktyczne, które wprowadzał nerwowo i bez sensu, nie mogły przynieść nic dobrego. (...) Kiedyś przyszedł do mnie i mówi: No wiesz, Włodek, sprawa jest poważna. Dzwoniłem wczoraj do Polski i rozmawiałem z psychologiem, który przekazał mi najnowsze wyniki testów. Wynika z nich, że nie możesz grać w jednym zespole z Szarmachem. I co się okazało? W kolejnym meczu Szarmach siedział na trybunie, a ja grzałem ławę.
Natomiast w meczu z Argentyną doznałem największego upokorzenia. W pewnym momencie Gmoch, niezadowolony z przebiegu wydarzeń na boisku, zdecydował się na zmianę w krzyknął: Włodek, rozbieraj się! - Kiedy zerwałem się z ławki, by zrzucić z siebie dres, spojrzał kątem oka w moją stronę i warknął: - Nie ty, Włodek Mazur... Gdyby te mistrzostwa świata odbywały się w Europie, już po kilku dniach bym wyjechał".
Jak wspomniałem, wkurzony był nie tylko Lubański. Wprawdzie włodarze ekipy starali się, by tarcia nie przeciekały na zewnątrz, ale w praktyce okazało się to niemożliwe.
(...)
Kluczowa dla przebiegu meczu z Argentyną okazała się z pewnością trzydziesta ósma minuta. Mój znajomy Eriksson podyktował wtedy rzut karny za wybicie piłki ręką z bramki przez Kempesa. Dzisiaj, zgodnie z obowiązującymi przepisami, argentyński snajper ujrzałby również czerwony kartonik i wyleciał z boiska. Niestety, rozgrywający akurat setne spotkanie w reprezentacji Deyna oddał lekki, sygnalizowany strzał i Ubaldo Filol obronił. W podobny sposób nasz kapitan wykonywał "jedenastkę" cztery lata wcześniej w meczu z Jugosławią. Wtedy Josip Katalinski sfaulował Szarmacha. Jednak Enver Marić poszedł za zwodem Deyny i był gol. Natomiast Filol czekał i... wygrał tę próbę nerwów. Czyżby Kazia wystraszył wrzask z nietypowych, prawie wiszących nad murawą trybun? A może wręczone przed spotkaniem kwiaty bądź ruszona przez sędziego piłka? Sprawdziła się stara prawda, by nie robić cyrku przed meczem, a przy wykonywaniu karnego nie kombinować. Kilkadziesiąt sekund wcześniej byłem gotów zakładać się, że wyrównamy. Ba, ręczyłem za to głową. Dobrze, że żaden z siedzących w pobliżu Argentyńczyków nie chciał podjąć wyzwania...
Po przerwie wynik na 2:0 ustalił Kempes. Kiedy trochę ochłonąłem, doszedłem do wniosku, że "jedenastkę" powinien wykonywać Boniek, który był wówczas młodym wilkiem i nie ciążyła na nim taka odpowiedzialność. Ponadto warto przypomnieć, iż "Kaka" nie wykorzystał karnego dziesięć lat wcześniej w meczu z Argentyną w Mar del Plata. Chyba coś nie zadziałało w tak mocno nagłośnionym naszym banku informacji... Zaraz po meczu głośno mówiłem, że mieszkańcy Rosario powinni wystawić Deynie pomnik za tego spartaczonego karnego. Chwalono mnie za pomysł i poczucie humoru, lecz o ile wiem, żaden monument nie powstał.
Słyszałeś, że jeszcze przed zakończeniem transmisji telewizyjnej z Rosario przed domem u zbiegu ulicy Świętokrzyskiej z Emilii Plater, gdzie mieszkał Deyna, zabrała się spora grupa awanturników. Wznoszono niewybredne okrzyki, w pewnym momencie ktoś rzucił kamieniem, pękła szyba...
O tych wydarzeniach dowiedziałem się dopiero po powrocie do kraju. Nie mogłem uwierzyć, że stało się to w Warszawie, gdzie tyle razy Kazia noszono na rękach. No cóż, to już nie była ta sama Warszawa. Za dużo chamstwa. Jest takie powiedzenie: "Ze wsi wyjdzie, ale wieś z niego już nie!", chociaż... Często prowodyrami zajść są młodzieńcy z tak zwanych dobrych domów.
Wybrany fragment pochodzi z książki Andrzeja "Bobo" Bobowskiego "Tajemnice Króla Kibiców", która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Blogserwis FootballBlog.pl posiada osobistą zgodę autora na publikowanie wybranych jej fragmentów.
Książkę tę można kupić na przykład tutaj.
Teraz możesz wygrać tę książkę z dedykacją autora - weź udział w "Królewskim konkursie FootballBloga"!
Wystarczy odpowiedzieć na jedno proste pytanie - szczegóły znajdziesz tutaj.
WAŻNE! Zobacz również:
- Inne opowieści Króla Kibiców
- Polskie granie
- Ankieta: Komu kibicujesz?
- Mistrzostwa Świata w piłce nożnej
Zostań fanem FootballBlog.pl na Facebooku
- szatanski's blog
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać































