
Podczas mistrzostw w USA (1994 - przyp. szatanski) na krajowym podwórku też nie brakowało mocnych wrażeń. Selekcjoner Henryk Apostel był niemal każdego dnia ostro krytykowany...
Jego nieszczęście polegało na tym, że w ocenie Prezydium Zarządu PZPN okazał się lepszym kandydatem na sternika reprezentacji niż Janusz Wójcik. Przypomnę, że po powrocie z igrzysk w Barcelonie (1992 - przyp. szatanski) mocno podchmielony Wojciech Kowalczyk wykrzykiwał na Okęciu: "Zmieniamy szyld i jedziemy dalej!". Ta opcj nie znalazła jednak zrozumienia wśród władz związku. 20 grudnia 1993 roku, kiedy Apostel otrzymał oficjalną nominację, Wójcik poczuł się ponownie odtrącony. Niektórzy dziennikarze, zwłaszcza z "Przeglądu Sportowego", od początku wzięli nowego selekcjonera na celownik. Pisano zarówno o jego prawdziwych, jak i urojonych grzechach. Tymczasem był to naprawdę dobry szkoleniowiec. Nie przypadkiem prowadzony przez niego Górnik Zabrze miał na półmetku sezonu 1993/94 ogromną przewagę nad rywalami, którą zresztą wiosną roztrwonił. Ale o tym w innym miejscu.
Ataki na Apostela przybrały jeszcze na sile po 4 września 1994 roku, kiedy to na inaugurację eliminacji Euro'96 nasza drużyna doznała zaskakującej porażki 1:2 z Izraelem w Tel Awiwie. Nikłe zwycięstwo z Azerbejdżanem w Mielcu (1:0) oraz remis z Francją w Zabrzu (0:0) też nie mogły nikogo zadowolić. Z kolei w marcu 1995 roku Polacy prowadzili z Rumunią w Bukareszcie, lecz kiksy bramkarza Józefa Wandzika zapewniły gospodarzom szczęśliwe zwycięstwo 2:1.
Jednak nieco później powiało optymizmem. Po zdobyciu kompletu punktów z Izraelem (4:3) oraz Słowacją (5:0) przyszła pora na rewanż z Francuzami...
W Paryżu przeżyłem nerwowe chwile. W PZPN obiecano mi bilet, kiedy jednak zjawiłem się w hotelu Wersal, w tym samym, gdzie podpisywano traktat kończący I wojnę światową, wiceprezes Ryszard Kulesza wzruszył ramionami: "Mam teraz inne sprawy na głowie!". Tyle go widziałem. Na szczęście prezes Marian Dziurowicz zachował się z klasą. Zawołał Edmunda Zientarę i wydał krótkie polecenie: "Proszę dać bilet koledze Bobowskiemu!". Po chwili spotkałem Lubańskiego, Tarasiewicza, Romka Jakóbczaka, Raymonda Kopaszewskiego i Michaela Jazy oraz menago Brudzińskiego. Czyżby chciał coś kupić? Po załatwieniu biletu i zaliczeniu treningu udałem się na zwiedzanie miasta.
Oczywiście odwiedziłem również polskie cmentarze. Na PerLachaise, największej i najsłynniejszej paryskiej nekropolii, pomodliłem się nad grobami Fryderyka Chopina, Yvesa Montanda, Editg Piaf, Jima Morrisona, Honoriusza Balzaka, który spoczywa razem z Eweliną Hańską, wreszcie pod tablicą bojowników Komuny Paryskiej i jej naczelnego wodza, generała Jarosława Dąbrowskiego. Natomiast na cmentarzu Montmartre odwiedziłem groby Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Juliana Ursyna Niemcewicza oraz Cypriana Kamila Norwida. Zwiedziłem katedrę Notre Dame i pospacerowałem po Polach Elizejskich.
A później...
Andrzej Woźniak bronił jak natchniony. Odbił między innymi piłkę po rzucie karnym, wykonywanym przez Bixente Lizarazu oraz dobitkę Vincente'a Guerina. Kibice, a właściwie działacze z Parc des Princes, nie mogli zrozumieć, dlaczego Francuzi nie strzelają goli. Załamywali ręce, mówili, że to chyba cud. Ja im odpowiadałem krótko: "Papa Polaco!".
Aż do osiemdziesiątej piątej minuty prowadziliśmy 1:0 po strzale Andrzeja Juskowiaka. Wyrównał z wolnego Youri Djorkaeff. Nasi piłkarze mocno przestraszyli wowczas przyszłych mistrzów świata i Europy. Dopiero po wyrównaniu na 1:1 jakiś działacz francuski ucałował mnie w czółko. Ponieważ mecz rozgrywany był na Parc des Princes, Woźniaka okrzyknięto na łamach prasy "Księciem Paryża". Niestety, znacznie gorzej wypadli nasi pseudokibice, którzy urządzili nikczemną awanturę w centrum miasta, pod wieżą Eiffla.
Do awansu potrzebne było teraz zwycięstwo z Rumunią. Tymczasem do Zabrza nie dojechali dwaj kluczowi zawodnicy: Piotr Nowak i Kowalczyk. Tłumaczyli się jakimiś urazami, ale na potrzeby swoich klubów oczywiście byli zdrowi. Remis 0:0 uradował tylko gości. Szanse zostały definitywnie pogrzebane w Bratysławie (1:4 ze Słowacją), gdzie czerwone kartki ujrzeli Kosecki i Świerczewski. Pierwszy schodził do szatni z obnażonym torsem, rzucając koszulkę w kierunku selekcjonera, drugi wykonywał obraźliwe gesty pod adresem publiczności. Posypały się kary zarówno ze strony PZPN, jak i UEFA. "Świr" jeszcze wrócił do reprezentacji, kiedyś po meczu na Legii otrzymałem od niego koszulkę z siódemką, "Kosa" już nie. Apostel musiał zrezygnować.
Przy tej okazji przypomniały mi się jego dwie bramki, jakie zdobył dla Legii w finałowym meczu z Polonią Bytom w 1964 roku.
Wybrany fragment pochodzi z książki Andrzeja "Bobo" Bobowskiego "Tajemnice Króla Kibiców", która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Blogserwis FootballBlog.pl posiada osobistą zgodę autora na publikowanie wybranych jej fragmentów.
Książkę tę można kupić na przykład tutaj.
Teraz możesz wygrać tę książkę z dedykacją autora - weź udział w "Królewskim konkursie FootballBloga"!
Wystarczy odpowiedzieć na jedno proste pytanie - szczegóły znajdziesz tutaj.
WAŻNE! Zobacz również:
Zostań fanem FootballBlog.pl na Facebooku
- szatanski's blog
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
































Zachowanie piłkarzy.
Pamiętam ten mecz jak bodajze Świerczewski schodząc do szatni po czerwonej kartce podszedł do ławki rezerwowych Słowacji i zaczął im się kłaniac w pół. Ale kicha. Aż żal było to oglądać. Dobrze, że przynajmniej teraz jak przegrywają to nie robią takich scen.
:)
Wiesz, ja też pamiętam to spotkanie i ogromne rozczarowanie - nie tylko porażką i brakiem awansu, ale przede wszystkim zachowaniem naszych "gwiazd". Powiem wprost, byłem w ciężkim szoku. Ale tych Słowaków to chciałem pozabijać normalnie:)